Miałem ka rabin i cztery granaty. Jeśli ktokolwiek strzegł mostu, miałem wystawić się jak kaczka na strzał. Ciemności były moim jedynym sprzymierzeńcem. Ten patrol mógł się dla mnie skończyć jako spacer w deszczu i zimnie, ale mógł to być też mój ostatni w życiu spacer, prosto w chłodne objęcia śmierci.
Ruszyłem, kiedy byłem przekonany, że Stan zajął już pozycję. Dwa razy zsunąłem się w koryto strumienia i woda wlała mi się do butów, uznałem więc, że równie dobrze mogę iść po dnie; tak było wygodniej, a bardziej już zmoknąć nie mogłem. Poczułem strach, strach przed własnym strachem. Kiedy człowiek boi się za bardzo, nie robi właściwych rzeczy we właściwym czasie we właściwy sposób, a to może prowadzić do prawdziwego niebezpieczeństwa.
Zastanawiałem się, czy nie powinienem wspiąć się wyżej. Tam przynajmniej mógłbym znaleźć jakąś osłonę. Problem polega na tym, że kiedy nic się nie dzieje, zwykle staję się nieostrożny.
Bliżej mostu brzegi strumienia porośnięte były krzakami i chwastami. Schowałem się między krzakami i ostrożnie przyjrzałem się mostowi. Wyglądało na to, że nie było na nim nikogo.